Franz Lehar, „Kraina uśmiechu”

2023, Mazowiecki Teatr Muzyczny w Warszawie, w rolach głównych: Sławomir Naborczyk, Dawid Kwieciński, Natalia Rubiś, Paulina Jaczaruk – Czarnecka, Jakub Milewski, Michał Janicki, Kamila Goik, Marta Studzińska, adaptacja, inscenizacja i reżyseria

Barwy orientu i smutny uśmiech miłości
2 3 m a j a 2 0 2 3
O spektaklu „Kraina uśmiechu” Franza Lehára w reżyserii Wojciecha Adamczyka w Mazowieckim Teatrze
Muzycznym im. Jana Kiepury w Warszawie pisze Anna Czajkowska.

Czy muzyczne dzieło z początków ubiegłego wieku, z okresu bujnie rozkwitającej belle epoque, wciąż może
stanowić inspirację dla ludzi teatru i zaciekawić współczesnego widza? Niepowtarzalny urok i świeżość operetek
wiedeńskich Franza Lehára, bez których trudno wyobrazić sobie muzyczne sceny austriackiej stolicy,
wykorzystuje reżyser Wojciech Adamczyk, przygotowując w Mazowieckim Teatrze Muzycznym im. Jana Kiepury
„Krainę uśmiechu”. Adamczyk wraz z pozostałymi twórcami próbuje przekonać publiczność, że społeczne
problemy sprzed stu lat, ukazane w jednym z poważniejszych spektakli Franza Lehára (czyżby niespełnionione
ambicje kompozytora i wcześniejsza chęć poświęcenia się dramatowi muzycznemu?) są wciąż aktualne, a muzyka,
wiadomo, ponadczasowa. Wraz z dyrygentem Rubenem Silvą i całym zespołem występujących artystów przybliża
słuchającym świat opowiadanych historii minionej epoki, z odcieniem modnego wówczas chińskiego orientu.
Spektakl, choć lekki i bez wątpienia rozrywkowy, bliski jest tematyce dialogu między różniącymi się od siebie
kulturami, obecnego również dziś w teatralnej przestrzeni, a także dyskusjom o roli i zadaniach współczesnych
kobiet. W ,,Krainie uśmiechu” odnajdziemy jeszcze inne, dziwnie bliskie elementy – aluzje polityczne do
totalitarnej władzy w państwie chińskim, wykazujące podobieństwo do wszechobecności i powszechnej kontroli
wszystkiego i wszystkich w… Rosji. Nie ma w tym nadmiaru czy przesady, ponieważ całe widowisko muzyczne
okraszone zostało odrobiną  glarności, nawet psotą i śmiechem, z odcieniem należytej powagi.
Opowieść o hrabiance Elizie, która z wzajemnością zakochuje się w chińskim księciu Sou Czongu i nie waha się
porzucić dla niego cudownego Wiednia, z jego kawiarenkami, zabytkami, parkiem Prater i diabelskim młynem,
stanowi główny wątek trzyaktowego melodramatu bez happy endu. Podróż do Chin to dla uroczej, młodziutkiej,
rozpieszczonej przez bogatego ojca dziewczyny spotkanie z inną estetyką i kulturą, odmiennym myśleniem i
tradycjami. W obcym kraju okazuje się, że książę Sou Chong, chcąc pozostać dziedzicem cesarstwa, musi poślubić
kolejne cztery dziewice i nie może poprzestać na jednej żonie (choć jest to wbrew woli obojga). Książę godzi się na to,
by ratować zagrożone życie ukochanej. W tym czasie do Pekinu przybywa w przebraniu dawny wielbiciel i przyjaciel
Lizy – Gustaw von Pottenstein, który chce pomóc jej w ucieczce. Sprzyja im Mi, zafascynowana kulturą Zachodu
siostra Sou Czonga. Pomiędzy Guciem i Mi rodzi się gorące uczucie, ale sytuacja nie pozwoli im na spełnienie świeżej,
dopiero kiełkującej miłości. Z kolei Sou Chong odkrywa plany ukochanej, jednak wbrew sercu, a w zgodzie z
sumieniem pozwala odejść prawowitej małżonce i wrócić do Wiednia.
Według wielu krytyków „Kraina uśmiechu”, wystawiona po raz pierwszy w 1929 roku w Berlinie, jest szczytowym
osiągnięciem węgierskiego kompozytora, uznanego twórcy operetki wiedeńskiej. Także libretto muzycznego dzieła
to jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających historii miłosnych, ubarwiona nutką orientalnej kultury Chin.
Poważne operetki Franza Lehara wydają się mieć sporo wspólnego z operą, nawet więcej niż tradycyjnymi komediami
muzycznymi (czyżby niespełnione ambicje kompozytora i chęć poświęcenia się dramatowi muzycznemu?). Wieść
niesie, że Lehár sporą wagę przywiązywał do dokładnej analizy psychologicznej postaci scenicznych, czasem
rezygnując z pełnych sztucznego patosu, stereotypowych bohaterów (choć nie zawsze). W „Krainie uśmiechu” zadbał
o taką muzykę, która odda cały dramatyzm sytuacji, ale bez nadmiernego patosu, podkreślając atmosferę miłości
oraz egzotykę, modną w wieloetnicznym Wiedniu początku XX wieku. Integracja ruchu scenicznego ze śpiewem i
tańcem, rozbudowana instrumentacja, łączenie różnych stylów muzycznych to jego niekwestionowane osiągnięcia,
które dziś również tra ają w gust słuchaczy (podobnie jak dawniej). Franz Lehár zrezygnował tu z obowiązującego od
zawsze w operetce szczęśliwego zakończenia, często aż nadto przesłodzonego i nierealnego. Ponadto wykorzystał
libretto, które odzwierciedla zmieniające się podejście ówczesnego społeczeństwa do rygorystycznych podziałów
wynikających z płci, podkreślając wręcz erotyczne wyzwolenie kobiety. Warto przypomnieć, że popularna „Kraina
uśmiechu” doczekała się kilku ekranizacji, w tym z Janem Kiepurą i Martą Eggerth (był to ostatni  lm nakręcony
przez wielkiego polskiego tenora, patrona Mazowieckiego Teatru Muzycznego).
Śpiew jest jedną z mocniejszych stron spektaklu w reżyserii Adamczyka. Nic dziwnego, skoro mowa o operetce. Ale
są też kreacje wyłącznie aktorskie, w dodatku świetnie skrojone. Sławomir Grzymkowski w roli Czonga radzi sobie
znakomicie, a jego sceniczne, teatralne doświadczenie pozwala mu z naturalnością i swobodą kreślić sylwetkę
realnego bohatera. I to go wyróżnia, pozwala gładko wejść w świat „wyśpiewanych ról”. Pozostali odtwórcy budują
swoje postacie barwą głosu, wokalnymi popisami nasyconymi ciepłem i lekkością. Moimi zdecydowanymi faworytami
są tu Kamila Goik jako Mi i Michał Janicki jako Gucio. Kamila Goik, absolwentka Akademii Muzycznej im. Karola
Szymanowskiego w Katowicach, prezentuje znakomitą technikę, wdzięk i czar. Sopranistka cały czas trzyma się
przyjętej konwencji, a mimo to oddaje złożoność postaci, która odnajduje również swe odbicie we frazowaniu
lirycznym i aktorskim zacięciu. Jej Mi ma w sobie sporo radości życia z zaraźliwą energią. Niuanse i moc głosu Kamili
Goik oraz modulowanie barw z cieplejszymi odcieniami budzą wyobraźnię słuchających (pięknie wykonany duet z
Gustawem „Moja miłość, twoja miłość”). Partnerujący jej Michał Janicki, z charyzmą i odcieniem humoru, bawi nas
swą rolą. Młody śpiewak, obdarzony głębokim barytonem – mocnym, ekspresywnym, dramatycznym, umiejętnie
podkreśla zarówno zrozumienie warstwy muzycznej dzieła, jak i charakter postaci. Dzięki doskonałej formie
wokalnej jego głos brzmi lekko, jasno, momentami żartobliwie. Natalia Rubiś w partii hrabianki Lizy to kontrolowany
wdzięk i elegancka prostota. Sopranistka wykorzystuje swe głosowe możliwości, by podkreślać wykwintność i
czystość każdej nuty, a to z kolei pozwala widzom nacieszyć się temperamentem bohaterki i wzruszyć jej miłością
oraz odwagą (piękny duet z Księciem: „Kto dał nam klucze do miłości bram”). Sławomir Naborczyk jako Książę Su-
Czong bardzo dobrze radzi sobie z tak egzotyczną rolą. Młody tenor o intrygującej barwie głosu jest równie
precyzyjny jak jego partnerka i wyczulony na wszelkie drobne szczegóły niełatwej roli. Utrzymuje charakterystyczną
stanowczość oraz równą siłę głosu przez cały czas trwania spektaklu (piękne wykonanie arii „Twoim jest serce me”,
„Uśmiech na ustach na dobre i złe”). Drugoplanowe role dopełniają obrazu dramatycznej całości, wnosząc sporo
kolorytu i dynamiki do historii tragicznych kochanków i są godne nie mniejszej uwagi. Witold Wieliński (Eunuch)
sugestywnie, z odcieniem humoru bawi nas swą grą. Podobnie jak Marek Lewandowski – Hrabia Lichtenfels.
Oczywiście nie byłoby „Krainy uśmiechu” w Mazowieckim Teatrze, gdyby nie dyrygent Ruben Silva i prowadzona
jego pewną ręką orkiestra. To on nadał odpowiednie tempo i zachował porywający rytm oryginału. Piękne efekty
kolorystyczne i harmoniczne orkiestry służą akcji i nastrojowi, a widoczna, uważna współpraca dyrygenta z
wszystkimi solistami ułatwia im wydobywanie dźwięku w trudnych partiach wokalnych. Rzecz jasna trochę można je
jeszcze poprawić, udoskonalić dykcję, wygładzić solowe popisy i ufam, że kolejne spektakle będą coraz lepsze.
Wysmakowana, różnorodna scenogra a autorstwa Zuzanny Grzegorowskiej, wykorzystująca archiwalne zdjęcia
Wiednia i możliwości multimediów oraz podkreślające charakter postaci kostiumy (rodem z niezapomnianej belle
epoque, a potem bajecznie kolorowe, błyszczące barwami orientu), za które odpowiada Marii Balcerek, stanowią
przyjemne dopełnienie całości.
Aksamitne głosy artystów Mazowieckiego Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury i udane wykonanie szlagierów z
operetki, tętniącej życiem i pasją nadaną jej przez kompozytora i reżysera, z pięknymi, dopracowanymi w szczegółach
kostiumami i dekoracjami, nadal mają szansę bawić i to w dobrym stylu.
„Teatr dla was”

Z krainy uśmiechu do krainy płaczu – operetka Lehàra w Mazowieckim Teatrze Muzycznym
Miło zaskoczyła mnie „Kraina uśmiechu” Franza Lehàra w reżyserii Wojciecha Adamczyka, wyprodukowana przez Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury w Warszawie. Spektakl zrywa ze sztampową „operetą”, więc można go polecić nie tylko miłośnikom tego gatunku, ale także osobom, które lubią komedie romantyczne. Najlepsza w przedstawieniu jest pełna temperamentu i dysponująca urzekającym sopranem Natalia Rubiś.

Mamy tu dwie pary głównych bohaterów. W roli Su-Czonga zobaczyłem Dawida Kwiecińskiego, natomiast jako Liza wystąpiła Natalia Rubiś. Stworzyła niesłychanie intrygującą postać kobiety z krwi i kości, zrywając z tradycją sztucznej gry operetkowej, schematycznej postaci damy. Jej Liza jest młodą kobietą, zafascynowaną chińskim księciem, bez wiedzy na temat jego prawdziwego „ja”.

Przypomniała mi się bestsellerowa autobiograficzna książka Amerykanki Betty Mahmoody (i dramatyczny film Briana Gilberta z 1991 roku). Betty poślubiła w USA przystojnego Irańczyka i urodziła córkę. Po kilku latach wyjechali do Iranu, aby odwiedzić bliskich męża, ale na miejscu okazało się, że islamska rodzina nie wyraża zgody na jej powrót do USA. Zabrano Betty paszport i córkę, znęcano się nad nią psychicznie i fizycznie. Kobieta postanowiła uciec z czteroletnim dzieckiem, co było prawie niemożliwe, ale ostatecznie się udało.

​Libretto „Krainy uśmiechu” nie przedstawia takiego okrucieństwa, ale niemal z dnia na dzień wszystko się zmieniło po przyjeździe do Chin. Książę staje się zakładnikiem praw uświęconych kilkoma tysiącami lat tradycji. Liza, buntująca się przeciwko tym zwyczajom, zostaje uwięziona w pałacu. Grozi jej nawet zesłanie do twierdzy w górach.

Prawdziwie i współcześnie zabrzmiały rozterki Lizy, która odkrywa despotyczną naturę Su-Czonga. On natomiast zasłania się obowiązkiem wobec poddanych. Prawa i tradycji strzeże despotyczny wuj księcia Czong (przekonujący Sławomir Grzymkowski). Nakazuje mu poślubić cztery dziewice z arystokratycznych chińskich rodów, nie uznając małżeństwa z europejską kobietą. W końcu Su-Czong ulega, a Liza dowiaduje się o tym przez przypadek. Dumna Europejka zaczyna nienawidzić swojego męża i marzy o powrocie do Wiednia. Ucieczka jednak jest prawie niemożliwa. Kraina uśmiechu zamienia się dla niej w krainę płaczu, choć Liza nie jest tutaj sentymentalną, wzdychającą bohaterką, lecz raczej odważną kobietą, która płacze tylko wtedy, gdy nikt nie widzi.

Na ratunek Lizie przybywa jej przyjaciel Gustaw von Pottenstein, zwany Guciem. Widziałem w tej roli Jakuba Milewskiego. Młody artysta ma głos barytonowy o pięknej lirycznej barwie. Reżyser wykorzystał jego komediowy potencjał. W pierwszym akcie Gucio złości się trochę jak dzieciak, który nie dostał zabawki. Rzuca kwiaty, które zamierzał podarować Lizie, ale ona jest zaintrygowana bardziej egzotycznym prezentem (figurką) od Su-Czonga. Kiedy Liza udaje się do Chin, Gucio trafia tam do placówki dyplomatycznej, aby być blisko niej. Gdy przybywa na dwór księcia, okazuje się przestraszonym młodzieńcem, walczącym ze swym lękiem. Trudno ​uwierzyć, że jest oficerem.

Kreowana przez Milewskiego postać nawiązuje do wielowiekowej tradycji w kulturze europejskiej: tchórzliwego żołnierza samochwała z komedii Plauta, rubasznego Falstaffa ze sztuk Szekspira czy sympatycznego Zagłoby z trylogii Sienkiewicza. Gucio jest postacią komediowo-farsową i ma złagodzić chwilami ciężkie melodramatyczne sceny z udziałem Lizy, księcia i jego wuja. Jest w tym zabawny, choć w swojej interpretacji trochę za bardzo idzie w stronę księcia z baśni dla dzieci. Jego przewracanie oczami czy chowanie się za spódnicą Lizy jest już nie z tej bajki.

Ciekawą postacią jest również Eunuch, zwykle dość monotonnie przedstawiany jako mężczyzna mówiący wysokim głosem, wręcz falsetem, od początku do końca taki sam. Natomiast Witold Wieliński pokazał, że można stworzyć z tej rólki wieloznaczną kreację. Chwilami aktor wychodzi z roli, mówiąc niskim głosem i dobitnie, co może świadczyć o tym, że wcale eunuchem nie jest, tylko udaje. Mówi przecież, że eunuchami byli również jego ojciec i dziadek, co powinno nas zastanowić. Jego poruszanie się na scenie i gestykulacja są zabawne. Ma w sobie jednak też coś drapieżnego i nieodgadnionego. Natomiast Marek Lewandowski dobrze wcielił się w poczciwego Hrabiego Lichtenfelsa w pierwszym akcie.

Dawid Kwieciński zaśpiewał w oglądanym przeze mnie spektaklu z kulturą i precyzją. Jego tenorowy liryczny głos ma piękną barwę. Zwróciłem na niego uwagę kilka lat temu, gdy wystąpił w światowej prapremierze „Złotego runa” Aleksandra Tansmana na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi w reżyserii Marii Sartovej. Zagrał Wielkiego Łowczego Cmentarza Niehonorowanych. Przedstawienie stało się dużym sukcesem i wydarzeniem o skali międzynarodowej, jednak niestety szybko zeszło z afisza…

Kwieciński jako Su-Czong dusi się w gorsecie tyrana. W pierwszym akcie pokazuje swoje delikatne oblicze, a potem można odnieść wrażenie, że działa trochę wbrew sobie. W końcu godzi się na odejście Lizy. W tej scenie jest przekonujący, jednak aktorowi brakuje chwilami jeszcze scenicznego doświadczenia, choć potencjał ma spory. Nie stworzył wielowymiarowej postaci, ale pewnie z każdym kolejnym spektaklem będzie lepiej.

Natalia Rubiś dysponuje sopranem lirico-spinto. Chwilami jednak jej głos brzmiał nieco za ostro. Może to być jednak związane z faktem, że niestety w Mazowieckim Teatrze Muzycznym jesteśmy zmuszeni do słuchania operetki nagłaśnianej przy pomocy mikroportów i mikrofonów. Sala kinowa wygłusza scenę, więc bez nagłośnienia pewnie nie dałoby się z kolei usłyszeć wszystkich głosów. Rubiś ma duże możliwości wokalne i występuje z powodzeniem w teatrach operowych. Niełatwa partia Lizy nie sprawia jej więc żadnych trudności. Śpiewała już Halkę w Warszawie i Wrocławiu oraz Donnę Elvirę w „Don Giovannim” (Warszawska Opera Kameralna) czy Hrabinę Almaviva w „Weselu Figara” (Teatr Wielki w Łodzi). Ma do tego niezwykłą swobodę aktorską, więc stała się najlepszą artystką w tym przedstawieniu.

Zaskakujące jest to, że w tym spektaklu nie ma miłości. Natalia Rubiś odbija się od Dawida Kwiecińskiego, który nie potrafi nas przekonać, że faktycznie kreowany przez niego książę zakochał się w Lizie. Może było to chwilowe zauroczenie. W związku z tym w ich rozstaniu nie ma żadnego dramatyzmu, jedynie ulga, że Liza może wreszcie wrócić do Europy. Jakub Milewski nie przekonuje, że Gucio zadurzył się w Lizie, a potem w Mi, z którą grał w tenisa. Bardziej przypominają bawiącą się młodzież niż rodzące się uczucie. Nie pomaga w tym fakt, że rola Mi została ustawiona bardziej jak złośnica z bajki niż sentymentalna dziewczyna, choć śpiewana jest starannie przez Martę Studzińską. Niepotrzebnie jednak udaje dziecko, ponieważ jest już mocno wyrośniętą panną.

Na pierwszym planie Marta Studzińska (Mi) © Karpati&Zarewicz
Na pierwszym planie Marta Studzińska (Mi) © Karpati&Zarewicz
Bohaterem spektaklu są fascynujące kostiumy Marii Balcerek, zrealizowane z niezwykłą precyzją i bogactwem. Jest to prawdziwy pokaz mody europejskiej i inspirowanej Azją. Ciekawym tłem są dekoracje i piękne projekcje multimedialne Zuzanny Grzegorowskiej, które wyczarowują z niewielkiej przestrzeni sceny MTM różne miejsca akcji. Choreografia Zofii Rudnickiej jest dyskretna, ponieważ nie ma tu wielkich tanecznych popisów, ale wszystko do siebie pasuje. Poza tym nie da się na tak małej scenie pokazać baletu.

Kameralną orkiestrę poprowadził z precyzją i finezją Ruben Silva. Pamiętam, jak ten świetny dyrygent mówił, że nie da się zagrać operetki w 20 osób, a jednak da się, jak nie ma innego wyjścia, ponieważ więcej muzyków by się nie zmieściło przed sceną MTM.

Publiczność wychodziła ze spektaklu wzruszona. Warszawska „Kraina uśmiechu” wciąga, a muzyka porywa. Można łatwo odczuć, jak blisko było Leharowi do stworzenia opery à la Puccini. Zatrzymał się w pół drogi, ale i tak stworzył wybitne dzieło, a inscenizacja (i adaptacja) Wojciecha Adamczyka dała tej smutnej operetce nowe życie.
Krzysztof Korwin-Piotrowski
30/06/2023
ORFEO

Z miłości, w daleki świat. Premiera „Krainy uśmiechu” w Mazowieckim Teatrze Muzycznym im. Jana Kiepury w Warszawie
Operetka Lehára wyłamująca się konwencji rozentuzjazmowanej komedii muzycznej zwieńczonej szczęśliwym zakończeniem zagościła w Warszawie w wydaniu tradycyjnym, ściśle nawiązującym do realiów historycznych. W niezwykle barwny obrazek rodem z belle époque wkrada się nieunikniona, gorzka łza.

Porzucenie strefy komfortu nigdy nie należy do łatwych decyzji. Nawet, a być może zwłaszcza, gdy nadrzędnym powodem jest miłość. I choć historia literatury, muzyki i sztuki praktycznie od początku swego istnienia głosi, że to właśnie dla miłości człowiek gotowy jest do najtrudniejszych poświęceń i do największych zmian, pasmo konsekwencji jest nieuniknione. Często gorzkich, bolesnych, budzących lęk i niepokój o nadchodzące jutro.

„Kraina uśmiechu”, skomponowana w 1929 roku przez Franza Lehára operetka, porusza te istotnie i wciąż aktualne problemy. Mimo iż jej główna bohaterka, Liza, żyje u progu XX wieku w pełnym przepychu Wiedniu. Dla miłości bohaterka gotowa jest zmienić całe swoje życie: zostawić za sobą krewnych i przyjaciół, rodzinny dom, miasto, w którym się wychowała, styl życia, do jakiego przywykła, kulturę, wśród której dorastała. Próbuje odnaleźć się w zupełnie obcym świecie – świecie jej ukochanego mężczyzny. Zrozumieć jego zwyczaje, znaleźć wspólny język z jego bliskimi. Czyż nie brzmi to znajomo dla wielu z nas? Liza wystawia samą siebie na ciężką próbę. Z początku będąc święcie przekonaną, iż sprosta jej dzięki sile uczucia. Jednak czy okaże się ono wystarczające?

Realizatorzy premierowego spektaklu przygotowanego przez Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury w Warszawie skoncentrowali się na historii miłosnej i relacjach pomiędzy bohaterami. Nie starali się dokładać nowych, niepotrzebnych wątków i znaczeń w warstwie wizualnej, choć nie ominęły one już warstwy tekstowej. Reżyserowi Wojciechowi Adamczykowi zależało w prawdzie na uaktualnieniu przekazu niektórych treści, lecz nie zdominowały one tego, co najważniejsze. Historii wiedeńskiej hrabianki Lizy i jej wybranka, chińskiego księcia Su-Czonga. Twórcy wykreowali na scenie warszawskiego Kina Praha kolorowy, urzekający obrazek wypełniony upojną muzyką Lehára.

To druga po „Błękitnym zamku” produkcja Mazowieckiego Teatru Muzycznego angażująca talent Marii Balcerek. Artystka, mająca w swojej karierze projekty kostiumów do takich operetek jak „Zemsta nietoperza” (Opera Krakowska) czy „Baron Cygański” i „Księżniczka czardasza” (Opera Nova w Bydgoszczy), trzymała się konwencji i tradycji. W jej kostiumach do „Krainy uśmiechu” próżno doszukiwać się romansu historii z nowoczesnością, tak jak miało to miejsce chociażby w przypadku oper „Anna Bolena” czy „Norma”. Pojawiły się zatem tradycyjne chińskie kimona w intensywnych kolorach, bogato zdobione mnóstwem zachwycających haftów. Duże wrażenie robią także eleganckie suknie wiedenek, a zwłaszcza Lizy, uszyte z tafty w pastelowych odcieniach. Nawet uniformy Gustawa oraz trzecioplanowych wojskowych z pierwszego aktu są adekwatne historycznie do lat świetności Austro-Węgier pod panowaniem Franciszka Józefa.

Kostiumy tworzą spójną całość ze scenografią i projekcjami multimedialnymi autorstwa Zuzanny Grzegorowskiej. Zwłaszcza te drugie wyróżniają się nasyconą kolorystyką, atrakcyjna formą plastyczną przyciągającą wzrok, a jednak nie odwracającą uwagi od znajdujących się na pierwszym planie solistów. Multimedia na ledowych ekranach budują nastrój i efektownie współgrają z treścią każdej arii czy duetu.

Reżyser Wojciech Adamczyk postanowił przeredagować libretto w oparciu o najstarsze polskie tłumaczenie. Dodał do niego tym samym sporo zagadnień o charakterze wolnościowym, równościowym czy feministycznym. Mocno zarysowane są one nie tylko w dialogach bohaterów (np. młodego postępowego Su-Czonga z jego konserwatywnym stryjem, z którego zrobiono odpychającego wręcz ortodoksa), lecz także w tekstach arii (księżniczka Mi śpiewa o niedogodnościach życia chińskich kobiet pod aparatem ucisku patriarchalnej władzy i snuje marzenia o traktowaniu jej na równi z mężczyznami). I choć przemycenie postępowych idei wydaje się być dobrym pomysłem, tekst nie zawsze dobrze brzmi pod względem stylistycznym. Miejscami traci swą poetyckość i kwiecistość języka na rzecz dość topornie skonstruowanych rymów. Co w ogólnym odbiorze działa na niekorzyść spektaklu.

Zaletą natomiast są obie obsady premierowe. Wcielająca się w postać Lizy Natalia Rubiś (pierwsza premiera) znana jest przede wszystkim ze scen operowych i z gatunkiem operetki mierzyła się po raz pierwszy. Z niemałym sukcesem, gdyż głos solistki, z początku brzmiący dość niepewnie, w miarę rozwoju akcji pierwszego aktu nabrał gęstości, by zachwycić w drugim akcie pięknem frazy i dojrzałością interpretacji. Jej Liza, śpiewająca mocnym sopranem lirico spinto, to kobieta o twardym charakterze, która doskonale wie czego chce. Jest pewna siebie i wyemancypowana. Świetnie brzmi w duetach z partnerującym jej Sławomirem Naborczykiem. Tenor ten, mający już na swoim koncie rolę Su-Czonga w Teatrze Muzycznym w Lublinie (debiut w 2019 roku), czuje się w tej partii niezwykle pewnie. Nie bez powodu, gdyż śpiewak z powodzeniem rozwija się zarówno wokalnie jak i interpretacyjnie. Ze wzruszeniem podziwiałam aktorską transformację Naborczyka z zakochanego, pełnego nadziei i ufności, młodego mężczyzny, w boleśnie doświadczonego przez los, wyciągającego lekcję z własnych błędów człowieka, nie potrafiącego zatrzymać przy sobie ukochanej osoby. Jego głos brzmi bardzo szlachetnie i technicznie znakomicie we wszystkich rejestrach, a dodatkowym walorem jest nienaganna dykcja. Rubiś i Naborczyk tworzą na scenie bardzo zgraną parę, w której emocjonalną więź widz jest w stanie natychmiast uwierzyć.

Zupełnie inna aura towarzyszy śpiewającym w drugiej premierze Paulinie Janczaruk i Dawidowi Kwiecińskiemu. Można śmiało powiedzieć, że Janczaruk, sopran koloraturowy, wręcz specjalizuje się w operetce już od czasów studenckich. Była już Adelą, Hanną Glawari, a w lubelskiej „Krainie uśmiechu” – księżniczką Mi. Na scenie MTM zadebiutowała w partii Lizy, pokazując pełnię swoich możliwości wokalnych. A te są niezwykle imponujące, gdyż głos artystki dojrzewa i ciemnieje, a także poszerza swoją skalę. Będące wyzwaniem dla wielu śpiewaczek wysokie dźwięki w ariach i ariettach Lizy (zwłaszcza w akcie drugim), nie stanowią dla niej żadnego problemu. Dodatkowym atutem solistki jest młodzieńczy entuzjazm w jej kreowaniu postaci. Liza Pauliny Janczaruk to po prostu szaleńczo zakochana, spontaniczna młoda kobieta. Te intensywne emocje odbijają się jednak, niczym od ściany, od partnerującego jej Dawida Kwiecińskiego. Próżno doszukiwać się namiętności w niezwykle oszczędnym, wręcz znikomym aktorstwie tego młodego tenora. Zagadką jest także, dlaczego partia Su-Czonga okazała się zbyt wysoko ustawioną poprzeczką dla jego głosu. Niedostatki techniczne obnażyła zwłaszcza słynna aria „Twoim jest serce me”, w której solista najzwyczajniej się męczył i brzmiał jak lekko niedysponowany. Nie było szans na zatuszowanie potknięć wokalnych interpretacją, gdyż pomiędzy wprost płonącą z namiętności Janczaruk a do bólu statycznym Kwiecińskim zwyczajnie zabrakło chemii. Podkreśliło to również jeszcze bardziej różnice kulturowe dzielące oboje bohaterów, które walnie przyczyniają się do ich rozstania.

Znacznie ciekawiej wypadają pary drugoplanowe, czyli księżniczka Mi i Gustaw. Kamila Goik, czyli Mi w pierwszej obsadzie, jest odważna, krnąbrna i zadziorna. Marta Studzińska (obsada druga) zaś nieco zagubiona i chyba wciąż nie potrafiąca określić się jako silna feministka, którą stara się być. I choć obie solistki nie pozostawiają większych zastrzeżeń od strony wokalnej, różnią się pod względem osobowości niczym ogień i woda. Kamilę Goik zestawiono w parze z romantycznym i nieco nostalgicznym Michałem Janickim (Gustaw), który odrobinę studzi jej ognisty temperament. Występujący zaś u boku Marty Studzińskiej Jakub Milewski (Gucio w drugiej obsadzie) ma w sobie więcej animuszu i zawadiackiego poczucia humoru, którymi zręcznie posługuje się do wyciągania swej scenicznej partnerki ze strefy komfortu. Obie pary stanowią przyjemne dla oka i ucha przeciwności, które się przyciągają.

Bardzo korzystnie wypada także większość aktorów pozbawionych partii wokalnych. W pamięć zapadł mi zwłaszcza rewelacyjny Sławomir Grzymkowski jako stary Czong. To pełnokrwisty aktor grający każdym gestem, spojrzeniem, grymasem twarzy, a także intonacją głosu. Marek Lewandowski jako Hrabia Lichtenfels, ojciec Lizy, miał odrobinę za małe pole do popisu gdyż reżyser zrezygnował z niektórych dialogów z udziałem jego bohatera, a jest to także znakomity aktor. Wcielający się w Eunucha Witold Wieliński dodał natomiast melodramatycznej historii bardzo potrzebnego i równoważącego burzliwe emocje, elementu komicznego.

Swoisty niedosyt pozostawia jednak fakt iż warunki sceniczne Mazowieckiego Teatru Muzycznego nie pozwoliły na pokazanie scen baletowych. A te bez wątpienia uatrakcyjniły by spektakl osadzony w egzotycznym uniwersum. Z tego samego powodu zrezygnowano również z partii chóralnych. Nie ulega jednak wątpliwości, iż maestro Ruben Silva, któremu powierzono kierownictwo muzyczne, robił co mógł by wykrzesać jak najwięcej ognia i piękna orientalnych brzmień z partytury Lehára, mając do dyspozycji orkiestrę w ograniczonym składzie.

Na „Krainę uśmiechu” do MTM warto jednak pójść przede wszystkim dla romantycznych uniesień i wzruszeń, gwarantowanych dzięki ukazanej w piękny, niezwykle plastyczny sposób historii miłosnej. A także dla wysokiego poziomu wykonawstwa większości śpiewaków i aktorów. To czarowna podróż nie tylko do egzotycznych Chin, w pogoni za wyidealizowaną miłością, ale także do krainy ludzkiej wrażliwości. Szczypta emocji ckliwych i sentymentalnych, których na co dzień wielu z nas się wstydzi, przyda się od czasu do czasu widzom w każdym wieku. A wielu być może odnajdzie w historii kochanków pochodzących z dwóch różnych światów analogię do swoich własnych przeżyć.

Beata Fischer
13/06/2023
ORFEO

Kto śmieje się w ,,Krainie Uśmiechu”?
,,Kraina Uśmiechu”- Muzyka: Franz Lehár – reż Wojciech Adamczyk – Mazowiecki Teatr Muzyczny w Warszawie

Operetka zabiera widza w podróż do wyobrażeń na temat Europy ery belle epoque oraz dalekiego wschodu, w których pojawiają się bardzo realne problemy i współczesne trudności.
,,Kraina Uśmiechu” to trzy aktowa wiedeńska operetka autorstwa Franza Lehara. Oryginalnie napisana w języku niemieckim swoją premierę miała 10 października 1929 w Metropol- Theater w Berlinie. Jedna z późniejszych operetek tego twórcy posiada słodko-gorzkie zakończenie, które tak przypadło do gustu wiedeńskiej widowni. Od czasu powstania była wiele razy wystawiana na scenie, doczekała się kilku filmowych adaptacji, a także podczas pandemii można było oglądać jej nagranie za darmo.
Z początkiem spektaklu przenosimy się do 1912 roku w austriackiej stolicy. Tam poznajemy otoczenie i samą główną bohaterkę czyli szlachetnie urodzoną Lise. Jest ona osobą łamiącą konwenanse z którymi kojarzymy Europę początku XX wieku, jeździ konno w wyścigach, nosi spodnie, czy gra w tenisa. Głównym wątkiem fabuły jest miłości szlachcianki i pochodzącego z Chin księcia Su-Czonga. Mimo trudności i różnic kulturowych para zakochuje się i po ślubie w Wiedniu wyrusza w kierunku Krainy Uśmiechu. Tak bowiem określane są Chiny ze względu na tradycję uśmiechania się. Jak nowa rzeczywistość wpłynie na związek bohaterów?
Na scenografię spektaklu składają się w większości projekcje multimedialne, a także rekwizyty. Ich stworzeniem zajmowała się Zuzanna Grzegorowska. Obrazy wyświetlane za bohaterami wtórują ich odczuciom i zmianom w widzeniu sytuacji. Wśród nich pojawiają się również odniesienie do kultury i historii krajów ojczystych Lisy i Su-Czonga. W czasie przedstawienia aktorzy przemieszczają się po scenie i widowni oraz aktywnie korzystają z rekwizytów. Dużą rolę gra tu światło, czasami otula postacie niczym przytulenie, czasami akcentuje niezgodę w emocjonalnych scenach. Ważnym elementem są także drzwi znajdujące się na środku sceny, które zmieniają swój wygląd i charakter w zależności od aktu. Szczególne wrażenie wywołały we mnie dekoracje i kostiumy, które pojawiają się kiedy bohaterowie przenoszą się do Chin. Maria Balcerek z niezwykłą precyzją, stworzyła orientalny klimat za pomocą strojów.
Jak na operetkę przystało ,,Kraina Uśmiechu” wypełniona jest muzyką, piosenkami, pojawia się także choreografia. Dlatego całemu spektaklowi towarzyszy oprawa muzyczna w wykonaniu orkiestry pod batutą Karola Szwecha. Stworzone przez nich dźwięki stanowią podróż przez motywy zarówno europejskie jak i azjatyckie. W tym miejscu warto też wspomnieć o talencie i precyzji z jakim aktorzy śpiewają swoje partie. Mi najbardziej zapadła w pamięć piosenka Księżniczki Mi, w której komentuje ona sytuację kobiet w Chinach.
Natalia Rubiś(Lisa) oraz Dawid Kwieciński(Książę Su-Czong) tworzą na scenie przekonujący portret zakochanych. Ich wspólne arie zapadają w pamięć, widzowie aktywnie podążają za ich działaniami. Drugą parę zakochanych w operetce tworzą Gustaw von Pottenstein i Księżniczka Mi, w których role wcielili się kolejno Jakub Milewski i Marta Studzińska. Faworytami widowni stali się stryj księcia-Czong(w tej roli Sławomir Grzymkowski) oraz Eunuch(wciela się w niego Witold Wieleński). Ich postacie wprowadzają na scenę najwięcej humoru i zaskoczeń. Warto wspomnieć również o aktorach drugiego planu, ponieważ w trakcie spektaklu wcielają się w więcej niż jedną postać.
Spektakl wyreżyserował Wojciech Adamczyk. Ma on doświadczenie zarówno w aktorstwie, jak i w reżyserii teatralnej i telewizyjnej. O ,,Krainie Uśmiechu” opowiada jak o melodramacie, który porusza w większości bardziej mroczne strony ludzkich związków. Przedstawienie porusza wiele czynników, które wpływają na to czy możemy być z osobą, którą kochamy.
Widownia wśród, której oglądałam spektakl okazała się bardzo zainteresowana kolejnymi elementami rozwoju fabuły, dialogami i piosenkami. Pojawiały się śmiechy, a także widzowie często wyrażali swoje zdziwienie. Na zakończenie nagrodzili spektakl gromkimi owacjami na stojąco.
Przed pójściem na spektakl zastanawiałam się czy sztuka pozostanie aktualna po 94 latach, które minęły od pierwszej premiery. Moim zdaniem poruszane w niej problemy i refleksje mogą bez problemu znaleźć swoje odbicie w naszej obecnej rzeczywistości. Historia trudności w związkach ze względu na różnice kulturowe ma swoje miejsce i odbiorców również dzisiaj.
Ania Wasilczyk
Dziennik Teatralny Warszawa 3 listopada 2023