WYWIAD

Teletydzień

25 III 2008

Teletydzień, 25 III 2008

Przepis na sukces

TELETYDZIEŃ: – Trzecia seria pańskiego „Rancza” bije rekordy oglądalności, „Halo, Hans!” został nominowany do nagrody Rose d’Or, uważanej za telewizyjnego Oscara. Jak się robi telewizyjny hit?
WOJCIECH ADAMCZYK: – Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, siedziałbym na wyspah Bahama i raz na kwartał sprzedawał receptę zamożnemu producentowi. Jeśli już szukać serio przepisu na sukces – caly sekret tkwi w tym, że do kręcenia seriali podchodzę niezwykle poważnie. U nas wciąż pokutuje myślenie, że są czymś gorszym, a prawdziwa sztuka jest w teatrze lub filmie. I to nastwaienie, że pracuję tak, jakbym robił Szekspira albo Czechowa, pomaga mi. Może moje seriale odwdzięczają mi się w ten sposób?
– A sam bywa Pan widzem polskich seriali?
– Tych starych z pewnością. Jestem zachwycony „Stawką większą niż życie”, „Domem”, pierwszym „Czterdziestolatkiem”. To wszystko seriale zrobione przez wybitnych reżyserów, według świetnych scenariuszy i ze znakomitymi aktorami. I dzisiaj lustrowanie ich bohaterów jest pomysłem poronionym, bo to dzieła kina rozrywkowego: polski bond i polscy muszkieterowie tamtych czasów. Chciałoby się, żeby ktoś kiedyś płytę DVD z „Ranczem” postawił na tej samej półce, co wyżej wymienione seriale.
– Ma Pan swoich ulubionych aktorów?
– Mam. Lubię pracowac z aktorami, którzy potrafią grać ostro, ale nigdy nie przekroczą cienkiej linii, która oddziela prawdziwe aktorstwo od szmiry. Taki jest fenomenalny Piotr Fronczewski, Cezary Żak, Artur Barciś, Grzegorz Wons, Piotr Pręgowski, Kasia Żak, Dorota Chotecka, Bartek Kasprzykowski.
– Jeden z Pańskich aktorow powiedział mi, że marzy Pan o reżyserowaniu opery w Japonii
– To pewnie Pręgowski. Piotr lubi zmyślać takie rzeczy. Bez mrugnięcia okiem mówi coś w taki sposób, że inni mu wierzą. To nieprawda z tą japońską operą. Aczkolwiek teatr muzyczny jest mi bliski, często reżyserowałem musicale, operetki, przedstawienia operowe.
– Ponoć Pańscy rodzice występowali w teatrach muzycznych…
– Byli tancerzami klasycznymi. Już jako dziecię kilkutygodniowe bylem w teatrze. Kiedy przeprowadziliśmy się ze Szczecina do Warszawy, mieszkaliśmy nawet w garderobie Teatru Roma, przerobionej na mieszkanie. Poznałem więc życie teatralne od kulis. Jako dorosły człowiek nie wyobrażałem sobie innej drogi życiowej.
– Ale nie od początku wybrał Pan reżyserię. Najpierw ukończył wydział aktorski i przez rok występował na scenie.
– To zamierzchła przeszłość.
– W jednym z odcinków „Halo, Hans!” zagrał Pan jednak esesmana.
– To był żart dla ekipy. Ten zawód mnie już nie nęci. Przestał, kiedy zobaczyłem, że prowadzeni przeze mnie aktorzy grają to samo, co ja bym grał, tylko o wiele lepiej.
Rozmawiała Iwona Aleksandrowska