Wiktor Szenderowicz

Ludzie i anioły

Teatr Współczesny w Warszawie

Anioł – to brzmi dumnie?

Łucja Demby

Ludzie i anioły Wiktora Szenderowicza w warszawskim Teatrze Współczesnym (reż. Wojciech Adamczyk).

Kiedy człowiek jest zdrowy, normalne funkcjonowanie jego organizmu wydaje mu się rzeczą oczywistą; dopiero choroby i urazy kolejnych części ciała uświadamiają nam, jak skomplikowaną i precyzyjną jest ono konstrukcją. Ta swoista biomechanika sprawdza się także w przypadku spektaklu: kiedy jest perfekcyjnie wyreżyserowany, widz ma wrażenie, że wszystko, co rozgrywa się przed jego oczami, dzieje się „samo z siebie”, w sposób naturalny, jak w życiu. I choć czasy najnowsze, od Wielkiej Reformy Teatralnej po dzień dzisiejszy, zdominowane zostały przez paradygmat Reżysera-Gwiazdy i nazwiska wielkich inscenizatorów, trudno nie przyznać, że taka właśnie „przezroczysta” reżyseria jest oznaką najwyższego kunsztu w tym zawodzie. Staje się tak zwłaszcza wówczas, gdy zamierzeniem realizatorów jest przykucie uwagi widza – poprzez sensacyjną akcję albo komizm lub też oba te czynniki jednocześnie. Widz, który poddany zostaje w zupełności władzy spektaklu, ogląda go „na jednym oddechu”, identyfikując się z nim i zapominając o tym, że za światem przedstawionym ukrywa się niewidzialny, sterujący jego emocjami manipulator – to model recepcji, dominujący od lat w kinie. W teatrze sprawdza się on w mniejszym stopniu; myśl o tym, że także tutaj może dawać doskonałe rezultaty, nasunęła mi się jednak z nieodpartą siłą w trakcie spektaklu Ludzie i anioły (2009) w reżyserii Wojciecha Adamczyka, w Teatrze Współczesnym w Warszawie.

Historia, choć fantastyczna, pod względem fabularnym jest w istocie prosta: w mieszkaniu przeciętnego moskwiczanina pojawia się w nocy anioł śmierci, by oznajmić mu, że jego życie dobiega końca. Mimo epizodycznej obecności kilku innych wyrazistych postaci przebieg akcji sprowadza się w gruncie rzeczy do długiej rozmowy człowieka i anioła.

Ta pozorna prostota nie zaszkodziła jednak wcale sukcesowi spektaklu, na który złożyło się doskonałe współistnienie trzech czynników: znakomity tekst, znakomita reżyseria i znakomite aktorstwo. Spośród nich (to odwieczny paradoks teatru) najbardziej dostrzegalna jest praca aktorów, nic więc dziwnego, że to właśnie odtwórcy dwu głównych ról – Andrzej Zieliński i Sławomir Orzechowski – nominowani zostali do prestiżowej nagrody Feliksów Warszawskich, którą otrzymał za kreację postaci Niejakiego Stroncyłowa, anioła śmierci – Andrzej Zieliński.

Nie byłoby tej nagrody bez błyskotliwej, skrzącej się dowcipem, a jednocześnie bezlitosnej w satyrycznym wizerunku Rosji, sztuki Wiktora Szenderowicza. Ten opozycyjny wobec obozu Putina pisarz i dziennikarz przysporzył sobie w Rosji tak wielu wrogów, że w styczniu 2009 roku musiał zmierzyć się z rozpowszechnianym w mediach własnym nekrologiem . Jest on autorem znanego aforyzmu: „Miłość do ojczyzny bywa nieszczęśliwa” – i trudno oprzeć się wrażeniu, że takie właśnie jest jego uczucie do Rosji.

Iwan Paszkin, choć w jednej z recenzji przyrównany do średniowiecznego Mistrza Polikarpa , jest w Ludziach i aniołach nie tyle everymanem, co typowym Rosjaninem, a raczej „Noworosjaninem”, drobnym biznesmenem, który handluje karmą dla psów, posługując się Internetem, ale nigdy nie zetknął się z twórczością Dostojewskiego ani malarstwem Hieronima Boscha i nie wie nawet, jak powinien się przeżegnać wyznawca prawosławia. On to właśnie – człowiek, który w obliczu śmierci nie potrafi wymienić żadnego godnego uznania uczynku w swoim życiu – stał się obiektem trudnej, „nieszczęśliwej” miłości Szenderowicza do własnych rodaków.

„Człowiek – to brzmi dumnie” – stwierdza w finale Ludzi i aniołów Iwan Paszkin i o człowieku przede wszystkim mówi, wbrew pozorom, spektakl Wojciecha Adamczyka. Pozorom ulec można bardzo łatwo, gdyż w sztuce Szenderowicza (noszącej w oryginale tytuł Dwa angieła, czetyrie człowieka – Dwa anioły, czworo ludzi) tematyka „anielska” przez czas dłuższy wysuwa się zdecydowanie na plan pierwszy. Dzieje się tak za sprawą zarówno brawurowej kreacji aktorskiej Andrzeja Zielińskiego, jak i programu teatralnego, sprawiającego wrażenie „małego leksykonu o anielsko-ludzkich stosunkach dyplomatycznych na przestrzeni dziejów” .

„To nie przypadek – pisze Monika Sznajderman w jednym z zamieszczonych w programie tekstów – że zarówno w poświęconej aniołom popularnej literaturze, jak też w filmach, anioł pojawia się zazwyczaj w codziennym, najzwyklejszym otoczeniu: w szpitalu i burdelu, w hotelu i na meczu. Chętnie odwiedza kawiarnie i rockowe koncerty i równie chętnie omija kościoły, wybierając raczej miejsca, w których wre życie. Być może zazdrości swoim dawno upadłym braciom tej jednej, godnej pozazdroszczenia chwili, zanim na zawsze zamknięci zostali w kręgu ciemności. Sam również chce upaść i swym upadkiem towarzyszyć człowiekowi. Chce zejść jak najniżej i w sposób równie symboliczny co dosłowny zanurzyć się w ziemskim, fizycznym bycie” .

Takiego też, charakterystycznego dla naszych czasów, anioła – anioła ziemskiego, uczłowieczonego, któremu skrzydła „odpadły w procesie ewolucji”, pokazuje w swojej sztuce Wiktor Szenderowicz.

Historię anioła, któremu bliżej było do ziemskiej niedoskonałości niż do Najwyższych Rzędów, na naszym rodzimym gruncie opowiadał w niedalekiej przeszłości film Artura Więcka „Barona” Anioł w Krakowie (2002). Krakowski twórca pokazał jednak ludzkie oblicze Anioła Giordano w duchu patronującej temu przedsięwzięciu myśli Tischnerowskiej: człowiek jest wprawdzie istotą słabą i pełną wad, ale nie przeszkadza mu to wcale zbliżyć się do Boga – wystarczy spełnić codziennie jeden, drobny chociaż, dobry uczynek.

Niejaki Stroncyłow w sztuce Szenderowicza jest natomiast podobny do człowieka w tym, co najgorsze, i nie pozostawia żadnych złudzeń, by „tam, na górze” inni byli lepsi od niego. Bóg już dawno przestał się interesować dziełem Stworzenia, czyta z rozpaczy literaturę ateistyczną i „tak, jakby go nie było”; pozostała tylko bezduszna „wola boża”, anielscy urzędnicy i komputery.

„Słaby na górze się nie utrzyma” – informuje Stroncyłow. „U nas na dole też nie bardzo” – wtóruje mu Iwan Paszkin. Ta analogia między „górą” i „dołem” jest jednym z fundamentów zarówno dramaturgii, jak i komizmu Ludzi i aniołów. Kiedy wraz z wybiciem godziny piątej rano w drzwiach mieszkania pojawia się nieznany mężczyzna, trudno zgadnąć, czy jest on śmiertelnikiem (lekarzem z pogotowia ratunkowego), czy aniołem Likwidatorem.

„A więc tak: ci jadą, tamten leci” – rozważa Paszkin, oczekując, przy wtórze tykania zegara, na lekarza i na anioła śmierci. I trudno mu się dziwić, że nie potrafi rozpoznać, kto jako pierwszy pojawia się w jego mieszkaniu. Ludzie, którzy odwiedzają go tej nocy (zwalisty Sanitariusz, demoniczny Notariusz) mogą uchodzić za przybyszów z zaświatów; anioły (Niejaki Stroncyłow, popijający „koniaczek” i poszukujący dobrego mieszkania w Moskwie; Likwidator – cichy, starszy osobnik, marzący o emeryturze) – trudno odróżnić od ludzi. To przemieszanie ludzi i aniołów znajduje swoje ukoronowanie w finale spektaklu, kiedy Paszkin i Stroncyłow okazują się dużo bardziej do siebie podobni niż można by na początku sądzić (wobec lekarza posługują się nawet tym samym nazwiskiem). Podobieństwo to nie wynika jednak z faktu, że i „ci, na górze”, i „ci, na dole” kombinują; przeciwnie. Nędzny człowieczek, jakim jest Iwan Paszkin, okazuje się dużo bardziej szlachetny aniżeli anioł; po prostu – „ludzki”. Anioł z kolei pokornieje i rezygnuje z zamiaru uśmiercania kolejnych „wybrańców losu” (a raczej komputera), aby włączyć się w zwykły nurt ziemskiej egzystencji. Szenderowicz obśmiewa swych rodaków i ich narodowe wady, ale w zakończeniu przywraca nowy sens wyświechtanemu już cytatowi z Gorkiego. Nawet osobnik taki jak Paszkin potrafi w sobie odnaleźć głębokie pokłady człowieczeństwa.

Przemiany, jakim podlegają bohaterowie i świat przestawiony na scenie (ten wewnętrzny, skupiony wokół stołu z butelką ormiańskiego koniaku, i zewnętrzny, którego symbolem jest widok Moskwy za okienną szybą), są jednak przede wszystkim efektem trzeciego spośród wymienionych wcześniej czynników – precyzyjnej w każdej minucie reżyserii spektaklu. Przedstawienie Wojciecha Adamczyka oglądałam dwa razy: najpierw niedługo po premierze, później, po upływie paru miesięcy, kiedy nagrodzony został Feliksem. Za drugim razem w epizodycznej roli Sanitariusza występował wyjątkowo sam reżyser. Kiedy przy dźwięku niekończących się braw kłaniał się wraz z innymi aktorami przed publicznością, trudno było oprzeć się myśli, jak wspaniałym, a zarazem rzadkim uczuciem, musi być dla reżysera radość, płynąca z uczestniczenia w tej owacji na żywo. Pozbawiony zazwyczaj, w przeciwieństwie do dyrygenta, możliwości bezpośredniego kontaktu z widownią, w tych rzadkich momentach może nie tylko poczuć płynącą ze strony widzów akceptację dla swej pracy, ale także odsłonić swoją twarz, ukrytą zwykle za „przezroczystą” reżyserią doskonale skonstruowanego dzieła.

Spektakl Wojciecha Adamczyka Kolacja dla głupca jest grany w Teatrze Ateneum przy pełnej widowni od ośmiu lat. Ludzie i anioły – komedia bardziej serio, ale równie perfekcyjnie wyreżyserowana i zagrana – mają szansę stać się kolejnym teatralnym przebojem Warszawy. Choć Feliksa otrzymał tylko Zieliński, wielkie brawa należą się także Sławomirowi Orzechowskiemu, Wojciechowi Adamczykowi i wszystkim realizatorom spektaklu.

Estetyka i krytyka, nr 19


1. Por. m.in. http://www.dziennik.pl/swiat/article291946/Krytyk_Kremla_usmiercony_nekrologiem.html
2. Zob. T. Miłkowski, Nowe wcielenie Polikarpa, „Przegląd” 2009, nr 19, s. 42.
3. K. Rozner, Anioł, kurde, nie ma lekko, http://www.kulturalna.warszawa.pl/19.04
4. M. Sznajderman, Michael, Gabriel, Dudley, Al, „Tygodnik Powszechny-Kontrapunkt” 1998, nr 1-2, s. VIII.

Recenzje:

Załgany anioł

Bez Sławomira Orzechowskiego i Andrzeja Zielińskiego „Ludzie i anioły” w Teatrze Współczesnym byłyby tylko zabawną tragifarsą z życia współczesnej Rosji . Dzięki aktorom stają się kursem mistrzowskim.

Wiktor Szenderowicz jest w Rosji znaną postacią. Świetny satyryk, który ostrze swoich utworów wymierza we władzę, zdecydowany płacić za to konieczną cenę. „Ludzie i anioły” są najbardziej znaną z jego komedii i zasługują na swoją sławę. Pisarz objawia w niej talent obserwatora, udowadnia, że gdy chodzi o poczuciu absurdu ludzkiej egzystencji, może uważać się za spadkobiercę Oberiutów, uważnie przeczytał też Gogola i Bułhakowa. Utwór jest przy tym rzeczywiście jadowity. Szenderowiez nie ma złudzeń co do moralnej kondycji swych rodaków. Rosja znalazła się na dnie, bo i rządzący, i rządzeni to pożałowania godne kanalie. Nie wydobędzie się z niego pewnie nigdy, ale nie warto załamywać rąk. Przynajmniej z obserwacji tego stanu rzeczy mogą powstawać niezłe kawałki dla teatru – zdaje się mówić autor „Ludzi i aniołów”. Do niejakiego Paszkina (Sławomir Orzechowski), osobnika, jakich w Moskwie miliony, przychodzi niejaki Stroncyłow (Andrzej Zieliński), z pozoru wzór urzędasa shiżbisty. Za chwilę okaże się, że tajemniczy gość nie reprezentuje żadnej ziemskiej instytucji, ale samego Szefa i ma Paszkina przygotować do drogi na tamten świat. Ten jednak nie zamierza rozstawać się z życiem, więc użyje całego swego cwaniactwa, by funkcjonariusza Nieba przechytrzyć. Po drodze okaże się jeszcze, że anioł lubi wypić i ukrywa ciemne sprawki. Jest dokładnie taki, na jakiego Paszkin – a wraz z nim Rosja – zasłużyli. „Ludzie i anioły” to sztuka bardzo zabawna, świetnie skonstruowana, a na dodatek przez Jerzego Czecha doskonale przełożona. Tyle że Szenderowiczowi udał się pomysł na tekst i lwia część dialogów. Gorzej z poprowadzeniem fabuły i motywacjami bohaterów, które dość szybko stają się oczywiste. To wystarczy, aby dostarczyć teatrowi bardzo przyzwoity „repertuar”, ale nie ma mowy o czymś więcej. Tymczasem w Teatrze Współczesnym powstało przedstawienie przewyższające literaturę, a zbudowane wyłącznie z niepowszedniego aktorstwa. Kunszt Sławomira Orzechowskiego i Andrzeja Zielinskiego przenosi spektakl Wojciecha Adamczyka na wyższy poziom – staje się lekcją zawodowstwa na każdym poziomie budowania roli. Ruch wspiera słowa, uzupełnia je gest, dochodzi plastyka twarzy. Kiedy się patrzy na Orzechowskiego i Zielinskiego, zdaje się, że nie można inaczej – role zrosły się z nimi jak druga skóra. Orzechowski daje swojemu Paszkinowi drobne kroczki, przymilny uśmiech i uniżony ton wszystkich cwaniaków, którzy niespodziewanie znaleźli się w opresji. Gotów na każdy układ, byle uratować skórę. Gdy okazuje się to możliwe, przechodzi do ataku. I wtedy śmiech zastyga na ustach, bo Paszkin wcale nie jest już śmiesznie bezbronny. Załgany anioł Andrzeja Zielinskiego idzie w przeciwnym kierunku. Z początku sztywny, wraz z kolejnymi kieliszkami poluzowuje krawat. Pod koniec zaś okaże się, że jest zrobiony z takiej samej gliny jak Paszkin. Warszawskie przedstawienie pozwala obu polubić, ale nie zmienia to wcale niewesołej konkluzji, że tak naprawdę lubić ich nie ma za co.

I jeszcze jedno. Dzięki Orzechowskiemu i Zielińskiemu, którzy przez dwie godziny nie schodzą ze sceny i cały czas ze sobą rozmawiają, widowisko we Współczesnym przypomina, czym może być dialog w teatrze. Sztuka konwersacji to dziś dziedzina raczej zapomniana, a i mistrzów w niej mamy niewielu. Sławomir Orzechowski i Andrzej Zieliński należą do nich ponad wszelką wątpliwość.

Jacek Wakar(Dziennik – Kultura)

Anioł, kurde, nie ma lekko!

No bo tak: od zarania świata ludziska plenią się (zgodnie z boską dyrektywą: „idźcie i rozmnażajcie się”) bez opamiętania. Ogarnąć toto, zewidencjonować całe to tałatajstwo z wieku na wiek coraz trudniej. Na dodatek w tym mutującym bez ustanku galimatiasie wyznań, wiar, pączkujących schizm i sekt, połapać się potrafi już mało kto. Skaranie boskie! Skaranie czy też pokaranie dla aniołów zwłaszcza, wyrobników Szafarni Pańskiej na tym ziemskim łez padole. Bo nieuświadomionym trzeba wiedzieć, że ów anioł „ziemski” (gatunek osobny) to – bynajmniej – nie facecik ze skrzydłami, bujający gdzieś w obłokach, lub skrzydłacz z monideł w złoconych ramkach za szkłem. Anioł „ziemski” to najzwyklejsza (różnych specjalizacji) urzędniczyna (bezskrzydła niestetyż!) na etacie niebieskim. Jeszcze jedno wyjaśnienie – co do tzw. aniołów upadłych. To nie do końca tak, że wszyscy upadli bracia anielscy stali się „z automatu” sługusami Lucyfera w czeluściach piekielnych. Sporą ich rzeszę delegowano do „karnych kompanii”, by – na naszej, nomen omen, błękitnej planecie – zawiadywali i administrowali – aż do momentu Sądu Ostatecznego – migracjami zasobów ludzkich między życiem a „życiem po życiu”. Taka robota to trud sromotny a mało przyjemny, że nie daj Bóg! Ale ktoś przecież robotę tę odwalać musi…

Moskwa, rok 2009. Późna noc. W swoim mieszkaniu (niewąski metraż!) z widokiem na wieżowce, kremlowską wieżę Spasską i cerkiewne kopuły Iwan Paszkin (rocznik 1954), pracownik firmy handlującej karmą dla psów, słuchając radia telefonuje do kumpla. Beszta go, że wziął cenową ofertę z gazety, a nie z internetu („Jeśli nie masz strony, to jesteś zgubiony!”) – gdzie taniej. Dzwonek do drzwi. Słyszalny głosik sugeruje wizytę znajomej Iwana. Po ich otwarciu jednak do mieszkania bezpardonowo wkracza Niejaki Stroncyłow. Za powód podaje spis powszechny,. Mimo oporu i protestów, „pacyfikuje” gospodarza. Wie o nim wszystko. Detalicznie. Od dziecięctwa po dorosłość. Nie ma przeproś! – Iwan musi się poddać. Czemu? Tajemniczy gość, nie grzeszący anielską cierpliwością, przybył dopełnić ewidencji niebieskiej, gdyż Iwan ma się jeszcze przed świtem zbierać – przyszła na niego kryska! Będzie istniał nadal, w bliżej nieokreślonej „poczekalni”, ale „jak plik w komputerze – spakowany”.

Pęka początkowo Iwan. Kaja się, usprawiedliwia – spocony jak mysz – przyznaje do win, błaga o prolongatę daty finalizującej jego w sumie lichy żywot. Negocjuje, pertraktuje, sugeruje „podmianę” w kwestionariuszu – byle ujść cało. Anioł (bo wychodzi na jaw, że – strącony z wyżyn – Stroncyłow to „ziemski” anioł) jest niewzruszony. W głębokiej pogardzie ma swoje podłe zajęcie, gardzi en block ludzkością. On i jemu podobni muszą zasuwać, wyręczając Szefa, ponieważ „sam Pan Bóg od dawna już nic nie robi. Jest rozczarowany do tego stopnia, że mówi: – Szkoda fatygi!” Chciał – powiada Stroncyłow – „uduchowić materię, a materia wymknęła się spod kontroli”. Powstał totalny bałagan (określany dosadniejszym słowem na b…). A „ziemskie” anioły mają za zadanie jakoś sobie z tym b… poradzić. Jednak anioł nie ma lekko. Jest w Rosji. Pękają kolejno – butelka ormiańskiego Araratu, szampan Igristoje, na wykończeniu jest butelczyna Stolicznej… Języki się plączą, sytuacja komplikuje się i gmatwa… Od obfitości promili aniołowi omalże nie pęka głowa, rąbnięta na dokładkę niemałą patelnią…

Sztuka Szenderowicza napisana jest jako utwór na duet męski z męskim kwartetem w tle. Reżyser spektaklu we Współczesnym, Wojciech Adamczyk, zafundował nam duet „Czysty Wyborowy”.

Sławomir Orzechowski lepi postać Iwana Paszkina ze strzępków gestu i słów na tyle udatnie, że „gotowiśmy odpuścić mu jego winy” i słabostki. Jest po ludzku ludzki, jest „podobny bliźniemu swemu”, jest z nas. Czy nie bywamy czasem, jak on, żałośni? Jak on, zagubieni? Jak on, zdziwieni poniewczasie beztroską swą i niefrasobliwością? Jak on, przestraszeni? Jak on, skłonni do egoistycznej podłości – do kupczenia innymi, byle nasze na wierzchu? Jak on rozdygotani, czepiający się kurczowo ostatniej szansy? Jak on, rozmazani, zaflikani, rozczłapani? Jak on wreszcie – tragikomiczni, heroiczni i… nieoczekiwanie – zwycięscy? Postać w odcieniach obrzydliwych, a ciepłych, lepkich, a nie odrażających… Antybohater nie do naśladowania, ale którego trudno nie zaakceptować. Trudno odrzucić. Zaprawdę, powiadam wam: – dobra rola.

Stroncyłow Andrzeja Zielińskiego (anioł „chcący poprawić funkcjonowanie administracji niebieskiej w ramach systemu”, najwyraźniej niedoceniony i „strącony na ziemię w standardowym trybie”) to solidnie zmalowany portrecik odrobinę cynika, ociupinkę geszefciarza, przetrwalnikowego indywiduum – nie całkiem już anioła, a nie całkiem jeszcze człowieka. Zblazowanego urzędasa, co to „stosownie do formularza”, ale na boku też by chętnie coś upichcił dla siebie. Spryciula naszego kochanego, który od „znienawidzonej” ludzkości nie omieszkał przyswoić cech niezaprzeczalnie przydatnych, acz powszechnie (przynajmniej oficjalnie!) napiętnowanych. Jakiż to ludzki anioł! I golnąć potrafi, że ho, ho! Zieliński zrazu irytuje timbrem głosu (tożsamym z flegmatycznym Fomą Fomiczem), ale potem rozkręca się, ujawnia żywioł (piękne tyradki o zagmatwanych „układach” niebieskich) i „poszłyyy konie po betonie”! (moskiewskim). Tego wrednego anioła można – dzięki Zielińskiemu – zrozumieć. A od zrozumienia do polubienia jeden krok, czyli – jak mawiają Rosjanie – rukoj podat’… Dlatego ściskam grabę, Panie Andrzeju.

Pozostały aktorski kwartet niczego sobie. Niczego sobie zarzucić nie powinien ani Zbigniew Suszyński (lekko demoniczny, skory do użycia środków radykalnych Notariusz), ani Janusz R.Rowicki (ciekawie przyodziany Anioł Likwidator, z zaczątkami sklerozy, zmęczony i marzący o emeryturze), ani Leon Charewicz (rzeczowy Lekarz) czy Michał Piela (Sanitariusz symbolizujący posturą imperialistyczną potęgę Wiecznej Rusi). „Ludziom i Aniołom” wróżę na deskach Współczesnego długi żywot. Na marginesie, scena przy Mokotowskiej unaocznia pewien paradoks – niby interesy Polaków z Rosjanami w skali ogólnej nie idą najlepiej, a przecież „na odcinku sztuki” rzecz ma się jakoś inaczej. Import autorów rosyjskich utrzymuje się w cenie i profituje publicznością wygniatającą fotele w polskich teatrach. Współczesny jest tej tendencji znakomitym przykładem. W foyer plakaty sztuk granych i będących w repertuarze: Braci Priesniakow, Kuroczkina. Teraz zaś Szenderowicz. Wspomnę też o Dostojewskim. Nie wspomnę o innych teatrach, wystarczy zajrzeć do repertuarów. Znamienne… Mniej uwrażliwieniśmy od Rosjan, mniej literacko zdolni?

W programie do spektaklu (rodzaj małego leksykonu o anielsko-ludzkich stosunkach dyplomatycznych na przestrzeni dziejów) cytat z „Prób” Michela de Montaigne: „Czyżbyście myśleli, że nigdy nie zajdziecie tam, gdzieście szli bez przerwy? Wszak nie ma drogi, która by nie miała swego kresu.” Aniołowie, jacykolwiek by byli, nie mają z nami lekko. Bądźmy przygotowani, by – w razie czego, gdy nas odwiedzą – pogadać z nimi po ludzku. Być może zrozumieją, że nie każdemu w danej chwili spieszno nawet do nieba. Mimo że, podobno, grywa tam na koncertach co sobota Louis Armstrong.

Krzysztof Rozner (Kulturalna Warszawa)

Boskie szwindle ziemskiej władzy

Warszawski Teatr Współczesny od lat niezmiennie utrzymuje wysoki poziom. Wpadki zdarzają się tu rzadko, a cały repertuar nosi stempel solidnej artystycznej roboty.

Dodatkową zachętą, aby wybrać się na „Ludzi i aniołów”, jest osoba tłumacza Jerzego Czecha. Nieomylny instynkt sprawia, że przyswaja on polszczyźnie najwartościowsze rosyjskie utwory sceniczne, choćby Nikołaja Kolady. Szenderowicz to urodzony w 1958 r. satyryk, scenarzysta i reżyser, który w swojej smutnej komedii dał dobrze zakotwiczoną w rosyjskiej tradycji literackiej (Gogol, Dostojewski, Bułhakow) opowieść o człowieku w sytuacji granicznej.

Nocną porą do drzwi luksusowego moskiewskiego mieszkania Iwana Paszkina (Sławomir Orzechowski) zapukał Niejaki Stroncyłow (Andrzej Zieliński). Okazał się on wysłannikiem z zaświatów, przed którym Iwanowi przyjdzie nieoczekiwanie zdać sprawę ze swego pogmatwanego i mało chwalebnego życia, które właśnie dobiega kresu. Matactwa i kłamstwa gospodarza nie zdały się na nic, gdyż nowo przybyły znał najintymniejsze i kompromitujące szczegóły jego biografii.

„Najpierw nauczcie się po sobie spuszczać wodę” – powie Iwanowi, który w młodości gorliwie umacniał komunistyczny system… donosami na kolegów. Dziś ten świeżo upieczony biznesmen i nawrócony chrześcijanin będzie ratował własną skórę, proponując, aby w zamian za niego przybysz zabrał któregoś z sąsiadów, uciążliwych – jego zdaniem – dla otoczenia.

Nieoczekiwany gość po kilku kieliszkach alkoholu przyzna się przed Iwanem, że spełnia swą powinność jako pokutę. Karę za czelność zmylenia niebiańskich służb specjalnych i wdarcia się do apartamentów Stwórcy. Tam odważył się wyjawić Mu swoje przemyślenia o sprawniejszym zarządzaniu naszą planetą, za co został strącony na samo dno, czyli do Moskwy. Kombinator Iwan nie byłby sobą, gdyby tej wiedzy natychmiast nie wykorzystał.

Komedia Szenderowicza sprawia, że śmiech często więźnie nam w gardle. Zwłaszcza wówczas – i to największa zaleta tej sztuki – gdy poczynania boskich administratorów łudząco zaczynają przypominać układ stosunków panujących na naszym padole. Ot, zdałoby się, że autorowi wywodzącemu się spod tej akurat szerokości geograficznej łatwiej krytykować władze boskie niż ziemskie (konkretnie: kremlowskie).

Reżyser Wojciech Adamczyk jako specjalista od komedii świetnie wydobył wszelkie niuanse tej wielowarstwowej metaforycznej opowieści. Pomogli mu w tym doskonali główni wykonawcy. Pozornie rozchełstany, znerwicowany, cyniczny gracz Iwan Sławomira Orzechowskiego skontrastowany został z nieskazitelnie eleganckim, acz nie do końca uczciwym zbłąkanym aniołem – Andrzejem Zielińskim. Już choćby dla gry tego koncertowego tandemu warto wybrać się na przedstawienie. Pokazujące, że matactwa władzy prędzej czy później obrócą się przeciw niej samej. Bez względu na system.

Janusz R. Kowalczyk (Rzeczpospolita)

Nowe wcielenie Polikarpa

„Historia stara jak świat, czyli oswajanie ze śmiercią. Do pewnego obywatela rosyjskiego, trudniącego się handlem karmą dla psów, przybywa wysłannik, mający przygotować go do odejścia. Rosyjski satyryk Wiktor Szenderowicz obiera lekką formę komediową dla swej wartkiej przypowieści o trudnościach rozstawania się z tym światem, dostarczając aktorom znakomitego materiału do grania – wykorzystują to znakomicie Sławomir Orzechowski jako Iwan Paszkin, przeciętny człowiek z grzeszkami na sumieniu, który szuka sposobu ocalenia, i Andrzej Zieliński jako Upadły Anioł (ależ cierpi, kiedy rozpija butelkę koniaku!), też w nie lada kłopocie, bo popadł w niebiańską niełaskę. Tekst idzie wartko, trochę tylko wzbogacony o aluzje do współczesnej Rosji (i nie tylko), a publiczność bawi się wyśmienicie. Choć całość napisana została z przymrużeniem oka, aktorzy na szczęście nie mrugają, dzięki czemu gwarantują widzom dwie godziny zabawy z odrobiną goryczki w tle. Najśmieszniejsza dzisiaj sztuka w stolicy, zgrabne współczesne przetworzenie średniowiecznej „Rozmowy Mistrza Polikarpa ze Śmiercią”

Tomasz Miłkowski (Przegląd)

Mistrzowski tandem

Jakie są powody tak wysokiej frekwencji widzów na granej od blisko trzech lat z dużym powodzeniem sztuce „Ludzie i Anioły” w warszawskim Teatrze Współczesnym?

„Ludzie i anioły” to chyba przede wszystkim nie pozbawiona jasnego przekazu oraz poczucia humoru komedia, tragifarsa, napisana przez Wiktora Szenderowicza, której uniwersalny temat, dotykający refleksji związanych z dokończeniem ziemskiego życia i „przejściem na drugą stronę” jest doskonałym materiałem inscenizacyjnym.

Do mieszkania Iwana Paszkina (Sławomir Orzechowski) przychodzi pod pretekstem przeprowadzenia spisu powszechnego ludności niejaki Stroncyłow (Andrzej Zieliński), wyglądający i stwarzający pozory urzędnika. Seria pytań zadawanych gospodarzowi przez Stroncyłowa służy jedynie potwierdzeniu faktów z życia, jak się okazuje, doskonale znanych tajemniczemu gościowi. Ów zagadkowy przybysz to reprezentujący samego Szefa Anioł Śmierci, który zjawił się, aby przygotować i następnie z pomocą Anioła Likwidatora, przenieść Paszkina na tamten świat.

I właśnie z tą niespodziewaną wizytą zaczyna się intrygująca, nie pozbawiona elementów ruchowych, uzupełnianych licznymi gestami i mimiką twarzy, konwersacja między dwojgiem aktorów, będąca filarem całego przedstawienia. Sławomir Orzechowski, w roli znerwicowanego i cynicznego Paszkina, to prawdziwa lekcja aktorskiego zawodowstwa. Słyszałem nawet przypadkowo po spektaklu komentarze widzów, że „Orzechowski zagrał całym sobą…, nawet jak nic nie mówił, to grał”. Rola moskiewskiego cwaniaka, gotowego na każdy układ, byle uratować własną skórę, to bez wątpienia jedna z Jego popisowych ról; momentami odnosiłem nawet wrażenie, że aktor aż za nadto próbował wcielać się w tę postać i po prostu stał się Paszkinem.

Podobnie jak w przypadku chociażby ról w „Księżycu i magnoliach”, również i w tym przedstawieniu, aktorski tandem Orzechowski-Zieliński gwarantuje, poprzez swoją wiarygodną grę, dobrą atmosferę i zabawę na widowni. Andrzej Zieliński fantastycznie sprawdził się w roli lubiącego wypić, pozornie nieskazitelnego, aczkolwiek nie do końca uczciwego Anioła; okazuje się w rezultacie być osobnikiem ulepionym z takiej samej gliny, co Iwan Paszkin.

Prawie niezauważalna w całości spektaklu była rola Notariusza, w wykonaniu Zbigniewa Suszyńskiego; trochę to przykre, bo aktor od lat obecny na scenach teatralnych i w filmie mógłby może bardziej namacalnie wykreować swojego bohatera.

Atmosferę dobrego nastroju w obcowaniu z niezwykłą historią Paszkina podsycają natomiast Leon Charewicz, w roli Lekarza, Michał Piela, jako Sanitariusz, oraz Janusz R. Nowicki, w postaci Anioła Likwidatora.

„Ludzie i anioły”, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, to ciekawie skonstruowana i zabawna sztuka. Jak widać z wysokiej frekwencji, nawet w środku tygodnia roboczego, jest też realizacją chętnie polecaną znajomym. I pewnie to dobrze, bo kreacje budowane przez panów Orzechowskiego i Zielińskiego warte są poświęcenia czasu na kolejną wizytę w teatrze przy Mokotowskiej.

Michał Janusz
Teatr dla Was
30 stycznia 2012

Moskiewska komedia

„Ludzie i anioły” – reż: W. Adamczyk – Teatr Współczesny w Warszawie

„Nie ma w Warszawie wiarygodnej krytyki” – powiedział Andrzej Zieliński, aktor Teatru Współczesnego, tuż przed premierą „Ludzi i Aniołów”. Od premiery minęły już ponad trzy lata, ja spektakl ten obejrzałem wczoraj i w ramach krytyki obywatelskiej wyjście do Współczesnego gorąco zalecam!

„Ludzie i Anioły” to komedia napisana przez Wiktora Szenderowicza, rosyjskiego dziennikarza, jedną z istotnych postaci opozycji antyputinowskiej. Mimo, że przez trwający prawie dwie godziny spektakl publiczność nie przestawała się śmiać to sztuka dotyka zaganień jak najbardziej poważnych.

Całość zbudowana jest wokół spotkania moskiewskiego przedsiębiorcy (Sławomir Orzechowski) i przybywającego z zaświatów anioła śmierci (Andrzej Zieliński). Histeryczna reakcja przedsiębiorcy, do którego dociera że jego życie ma się właśnie skończyć, ustępuje dyskusji z przybyszem, która przeradza się w niemal handlowe negocjacje. Dwóch głównych bohaterów (inne postaci pojawiają się na deskach epizodycznie) buduje cierpki obraz postsowieckiego społeczeństwa. Przedsiębiorca jest typem ujmująco cwanego oportunisty zaś anioł to typ biurokraty, który – jak się okaże – nie stroni od drobnych krętactw i naginania reguł. Odniesienia do realiów moskiewskich pozostają czytelne także w Warszawie, mógłbym nawet zaryzykować tezę, że w naszych realiach sztuka ta pozostaje równie cenną krytyką społeczną co w Rosji.

Na docenienie zasługuje też spora porcja niebanalnej teologii, która została wpisana w dialogi. Choć całość nie ma bynajmniej przesłania regligijnego, to sugestywne opisy kar czyśćcowych i piekielnych mogą przywieść nie tylko do śmiechu, ale i do wielkopostnej refleksji.

„Ludzie i Anioły” od swej premiery w 2009 roku cieszą się podobno niesłabnącym zainteresowaniem publiczności, a odtwórcy głównych ról byli za swoje kreacje nagradzani. Najbliższe spektakle zaplanowane są na 13, 14 i 15 marca. Tatr Współczesny przy ul. Mokotowskiej w Warszawie. Szukający czegoś inteligentnego, dobrze zagranego i niebanalnego z pewnością wyjdą usatysfakcjonowani.

Krzysztof Bosak
Natemat.pl
29 lutego 2012